| Piątkowy poranek |
|
No i jak tu się nie wściekać, no do jasnej niepogody jak. Nade mną i moim życiem wisi jakieś fatum, które prześladuje mnie od chwili mojego urodzenia. Bo powiedzcie mi że nie. Wychodzę rano z domu, chyba po raz pierwszy od miesiąca o odpowiedniej godzinie. Myślę sobie mam dziś w pracy wizytację, położyłam się wcześniej to raz się mogę poświęcić. I dla tego właśnie poświęcenia wstałam wcześniej. Dla własnego dobra i lepszego humoru- przynajmniej tak twierdzą inni, zrobiłam kilka przysiadów. Nawet włosy zdążyłam ułożyć. Dobra, bo uciekłam od głównego wątku, więc wychodzę przed mój nowiuteńki blok, patrzę a moje autko- jakoś tak dziwacznie stoi. Okazało się że złapałam kapcia. Nawet nie chcę tutaj wymieniać jakie słowa poleciały, bo to wstyd żeby ułożona kobieta tak się wyrażała. Więc zaklęłam pod nosem i zastanawiając się, czym ja sobie tak nagrabiłam popędziłam na autobus. Znaczy, hmmm, powiedzmy że popędziłam. Miałam takowy zamiar, ale obcas od moich cudnych butów został w szczelinie między kostką brukową i wyłożyłam się jak długa. |