| Piątkowy poranek |
|
Więc najspokojniej i najszybciej jak się dało, udając że nic a nic się nie stało, wróciłam do mieszkania się przebrać. Tylko spokojnie, tylko spokojnie, tylko spokojnie- i co myślicie że to coś pomogło? Mogłam sobie powtarzać do upadłego. Poryczałam się jak bóbr i nie mogłam się uspokoić. No Bosko, teraz nie dość że musiałam się przebrać to jeszcze cała się rozmazałam. Nie no to jest nie do wytrzymania. Nawet jak o tym teraz myślę, ups, ja głośno gadam. Sąsiedzi pewnie wezmą mnie za wariatkę bo nie gadałam jakoś szczególnie cicho, szeptem czy coś. No ale wracając do porannych wydarzeń. Gdy wreszcie w jakimś stopniu się uspokoiłam- tzn. nie chciałam już płakać, ale łzy leciały mi same- rozpoczęły się poszukiwania czegoś nowego do ubrania. I tutaj zaczął się konkretny cyrk świata. Stanęłam przed tą moją wielgachną szafą i…masakra. Łzy poleciały mi na nowo. Przecież ja nie mam co na siebie włożyć. Dobrze, że nie mam faceta, bo usłyszałabym, że zawsze tak gadam. A co ja poradzę, że mam taką ubogą szafę. |