| |
Piątkowy poranek

Najlepsze szmatki miałam na sobie bo- o rany przecież ja mam wizytację w pracy- nagle mnie oświeciło. Wyciągnęłam z szafy jakąś kieckę- no wiecie, może natrafi się jakiś milusi, przystojny, wolny wizytator. Stop, halo, znów się rozmarzyłaś. Przecież takich facetów nie ma. Więc wciągnęłam na siebie jakąś spódnicę. Wpadłam do łazienki żeby poprawić makijaż, ale to co zobaczyłam w lusterku przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wyglądałam jak kuleczka. Oczy napuchnięte, nos czerwony, a cały rewelacyjny tusz, który miał w ogóle nie spływać (do jasnej niepogody kosztował prawie 40 złoty), leżał sobie jak gdyby nigdy nic pod moimi oczyma. Tylko nie rycz, tylko nie rycz, tylko nie rycz- ja chyba mam za słaby dar przekonywania samej siebie.

Bo oczywiście musiałam się rozryczeć. Uspokoiłam się gdy mój wzrok padł na zegarek. Matko, ja mam 45 minut żeby zdążyć do pracy. To było praktycznie nie do wykonania. Ale przynajmniej zmusiło mnie, żeby zrobić coś z tym, co widzę w lustrze. Ciężko to było nazwać moją twarzą, ale o to mi właśnie chodzi.